Drugi mecz nie o wszystko
Polska w meczu otwarcia Euro 2012 zremisowała 1:1 Grecją, chociaż mogła go przegrać, a powinna wysoko wygrać. Pomimo tego, że nasze Orły wreszcie nie przegrały pierwszego meczu na wielkim turnieju, to pozostaje wielki, wielki niedosyt.
Wczoraj zobaczyliśmy dwie zupełnie różne połowy. W pierwszej oglądaliśmy bardzo dobrze grającą polską reprezentację, która spokojnie powinna strzelić dwie, trzy bramki. Gol Roberta Lewandowskiego - klasa. Dostał bardzo trudną, szybko lecąca piłkę, a uderzył ją najlepiej jak mógł, po koźle. Golkiper nie miał żadnych szans. W ogóle Lewy o ile na rozgrzewce widać było na nim zdenerwowanie, to podczas spotkania udowodnił wszystkim swoją wartość. Nie tylko walczył z przodu, ale także pomagał kolegom w defensywie. Absolutny lider tej reprezentacji.
Przed przerwą Grecy musieli grać w osłabieniu przez czerwoną kartkę dla Sokratisa. Sędzia nie popełnił błędu, ponieważ Grek zasłużył na żółty kartonik. Gdyby nie faulował, Murawski wyszedłby na czystą pozycję, a wcześniej także zasłużył sobie na "żółtko".
Wielu zarzuca Valesco Caballero także niepodyktowanie karnego po zagraniu ręką w polu karnym farbowanego Perquisa, jednak tą decyzję także można wybronić. Francuz/Polak nie wykonał ruchu do piłki, która odbiła się od niego przypadkowo. Według mnie, dobra decyzja arbitra. Na pochwałę zasługują także sędziowie liniowi, którzy wyłapali m.in minimalnego spalonego przy trafieniu Salpingidisa. Swoją drogą gracz PAOK Saloniki dał fenomenalną zmianę.
Druga część gry była kompletnie inna. Grecy grając w dziesiątkę prowadzili grę, a miejsce, jakie zostawiali im nasi zawodnicy wykorzystali strzelając gola wyrównującego. Większość ludzi obwinia za stratę gola Szczęsnego, jednak moim zdaniem większa wina spada na Marcina Wasilewskiego, który utrudnił polskiemu bramkarzowi wybicie futbolówki. Przy takiej samej liczbie bramek z obydwu stron obraz się nie zmienił, a co gorsza, Grecy po gapiostwie ze strony naszych obrońców wywalczyli sobie rzut karny.
Szczęsny musiał zejść z boiska. Nie można mu jednak zarzucać faulu, ponieważ prawdopodobnie gdyby nie to, przegrywalibyśmy 1:2. Wszyscy na fanzonie, na którym oglądałem mecz już zwątpili, ponieważ do bramki wchodził nieograny Tytoń. Zawodnik PSV stanął jednak na wysokości zadania i odbił futbolówkę. Inna sprawą jest też to, że Karagounis mógł uderzyć znacznie lepiej. Mimo wszystko Przemkowi należą się brawa!
Dalej nic się nie zmieniło, a mogło. Zawinił Franciszek Smuda, który nie wpuścił na boisko ani jednego świeżego piłkarza. Co prawda przed wyrzuceniem Szczęsnego za Rybusa miał wejść Paweł Brożek, jednak cóż, żadna strata. Mimo wszystko na dziesięć ostatnim minut powinien zostać wprowadzony szybki Kamil Grosicki, albo Rafał Wolski, za beznadziejnego w końcówce Obraniaka.
W drugim wczorajszym spotkaniu Rosjanie gładko rozbili Czechów 4:1, chociaż podobnie jak i Polacy, mogli strzelić więcej bramek. Nie udało się to im jednak przez brak skuteczności Kherzakhova. Reprezentacja Rosji zaprezentowała bardzo dobry i przyjemny dla oka futbol, przez co wszyscy, i ja w sumie też zwątpili w jakikolwiek dobry wynik podopiecznych Smudy. Przypomniała mi się jednak stara piłkarska prawda, mecz meczowi nierówny. Wierzmy w to.
Polska nadal ma duże szanse na awans i drugi mecz nie jest meczem o wszystko. Niestety, ale nadal musimy oglądać się na inne zespoły. W drugiej kolejce, zakładajmy, że zremisujemy z Rosją, najlepiej, aby Czesi pokonali Grecję. Wtedy ta niemal traci szanse na wyjście z grupy, a nam pozostaje ograć naszych sąsiadów we Wrocławiu. Muy sencillo!
.png)
